22 listopada 2017

Co mnie zauroczyło od razu we Włoszech gdy tutaj zamieszkałam - refleksje Polek mieszkających we Włoszech

Włochy dla mnie to: czyste, ciepłe, w pięknych kilkunastu odcieniach niebieskiego i zielonego morze, cudowne góry, jeziora, zabytki, winnice, zamki, pyszne jedzenie, gadatliwi i głośni Włosi, regionalne niezapomniane smaki.
Włochy to różnorodność kolorów.... wszystkie odcienie beżu, palonej Sieny, brązu, zieleni, turkusu, głębokiego chabrowego....
Włochy to brak tego codziennego pędu, to radość z przyjścia na spotkanie w restauracji spóźniona o 2 godz. i przyjęta przez przyjaciół z otwartymi ramionami.
To nocne wyprawy na lody, to pyszna ciabatta jedzona na plaży w upalne przedpołudnie.
To pomarańcze rosnące na Sycylii, to piękna muzyka i fantastyczny, melodyjny język, to zarazem dobra zabawa i słodkie lenistwo...
Takich rzeczy mogłabym wymienić bardzo dużo.
Są jednak rzeczy, które uwielbiam ponad wszystko. Te które zauroczyły mnie od razu, od kiedy tutaj przyjechałam. 



Kilka miesięcy temu zaprosiłam do współpracy kilka Polek mieszkajacych we Włoszech. Poprosiłam aby każda napisała kilka słów o tym co ją zauroczyło najbardziej, gdy przyjechały do Włoch. Każda podeszła do tego tematu, w całkiem inny sposób.
Oddaję zatem głos wspaniałym rozkochanym we Włoszech kobietom.


Ewa mieszka od 25 lat we Włoszech. Z wykształcenia poważny prawnik, a z zamiłowania szalona wielbicielka nieprzetartych szlaków i alternatywnych sposobów na spędzanie czasu. Tłumaczka, mediatorka i pośrednik handlowy. Ostatnio również blogerka http://ewamariapacini.it/pl/main.html
Na temat co mnie zauroczyło we Włoszech za pierwszym razem. Będzie prawdziwie chociaż nieprzewidzianie.
Chciałoby się napisać: wszystko... Ale nie będę taka mało oryginalna. Za to opiszę coś zupełnie nietuzinkowego. Żadne zabytki, żadne widoki. Nie umniejszając nic Włochom jako krajowi – nic z tych rzeczy! Przyjechaliśmy z kumplem do Włoch autostopem. Jakoś tak drugiego czy trzeciego dnia kolejny złapany autostop zaproponował nam nocleg u siebie w domu. Czemu nie? Zawsze to oszczędność jednej-dwu nocek! Najpierw zaprosił nas na pizzę (była przepyszna!!!) a potem jechaliśmy dalej, już zupełnie po ciemku. Właśnie wjechaliśmy do miasta Prato i jechaliśmy jakąś szeroką szosą wzdłuż rozmaitych zabudowań. Zza jednego zakrętu nagle pojawiła się duża pusta przestrzeń, a za nią bloki mieszkalne.
- „Jakie fajne bloki” - sobie pomyślałam. Wiecie, to cholerne wychowanie w ciężkiej komunie nie pozwalało marzyć o czymkolwiek lepszym. Elegancki blok w makaroniarni by mnie zadowolił...
– „Chciałabym w takich zamieszkać” – kontynuowałam marzenia.
Złapany autostop skręcił w drogę prowadzącą akurat do tych bloków. Okazało się że tu mieszkał.
Złapany autostop na drugi dzień pokazał nam miasto. Wspólne zwiedzanie najpierw Prato a Potem Florencji przerodziło się w uczucie. Czy muszę kończyć opowieść logiczna konsekwencją?
Teraz mieszkam w jednym z tych fajnych bloków.

Agata Rosińska z wykształcenia jest prawnikiem. Po zakończeniu studiów postanowiła kompletnie zrewolucjonizować swoje poukładane i dokładnie zaplanowane życie … i wyjechała do Włoch. Tak zaczęła się jej przygoda, która trwa do dziś. Mieszka w Ligurii, gdzie podoba jej się WSZYSTKO! Język, kultura, natura, KUCHNIA i oczywiście Włosi! To wszystko do tego stopnia, że postanowiła stworzyć własny blog www.thatsliguria.com

To było coś, czego w Polsce nie znałam, a co od początku mi się spodobało we Włoszech. Z czasem stało się wręcz swego rodzaju "nałogiem" :))) Mówię o porannej kawie i śniadaniu we włoskim barze :)))
Ja, po 24 latach śniadań w Polsce, tzn. po porannej kawie rozpuszczalnej Nescafe i kanapce albo jogurcie z lodówki w domu ... zostałam katapultowana do nierealnej dla mnie wtedy przestrzeni :)))
Zostało mi wtedy wyjaśnione przez Włochów: wstajesz, bierzesz prysznic, ubierasz się i wychodzisz do pracy, ale przed pracą zatrzymujesz się w twoim ulubionym barze pod domem (to naprawdę niesamowite, ale we Włoszech jest ZAWSZE "bar pod domem" ;). Tam już wszyscy cię znają, wiedzą czy pijesz cappuccino czy espresso. Pamiętają czy jesz rogalika z marmoladą czy z nutellą. Kawa jest tam zawsze pyszna i ciepła. Na stoliku obok ciebie leży plik porannych gazet, które sobie nieśpiesznie przeglądasz... Z czasem, w barze spotykasz tę samą grupę śniadaniowiczów co ty, więc się nawet z nimi zaprzyjaźniasz:) Poranne pogawędki, rozmowy o pogodzie, itp.
I po takim ŚNIADANIU, pozytywnie naładowana energią, idziesz zdobywać nowy dzień :D
Przyznaję ... włoskie śniadania w barze natychmiast mi się spodobały :)))

 

Agnieszka ponad 4 lata temu przeprowadziła się do Neapolu. Od kilku miesięcy żyję między Kampanią a Abruzją, gdzie obecnie pracuję jako lekarz rezydent w szpitalu w L'Aquila na oddziale radioterapii. Agnieszka jest autorką bloga Przepadki neapolitańskie


Moja przeprowadzka do Neapolu miała niewiele wspólnego z racjonalnym planowaniem i zastanawianiem się nad tym co mnie czeka. Ten krótki czas, jaki miałam od podjęcia decyzji do realizacji, poświęcałam bieganiu po urzędach i ministerstwach i załatwianiu wszystkich niezbędnych formalności. I nagle z całego tego szaleństwa katapultowałam się w jeszcze większy chaos, który na początku całkowicie mnie przytłoczył. Wpadłam w zupełnie mi obcą kulturę i świat wypłowiały z zasad, przynajmniej w mojej opinii. Nie byłam na to przygotowana. A może choć trochę powinnam... Początki zdecydowanie nie były dla mnie łatwe. Ale to co pomagało mi iść na przód to uśmiech i spontaniczność ludzi. Zwykłe zakupy stawały się często prawdziwym towarzyskim wydarzeniem. A podróż zatłoczonym miejskim autobusem okazywała się okazją do nieskończonych żartów. Poza tym Neapolitańczycy są bardzo pomocni. Kiedy pytałam kogoś o drogę nie kończyło się na suchym tłumaczeniu gdzie skręcić, ale było chęcią poznania i często zaprowadzenia mnie osobiście do celu. Generalizuję, ale to właśnie ludzie zauroczyli mnie najbardziej kiedy zamieszkałam we Włoszech. I to też dzięki nim miałam odwagę i ochotę iść naprzód, aby móc osiągnąć to co mam teraz.

Mieszkanka Genui, żona Sardyńczyka, mama dwóch dziewczynek. Wielbicielka literatury klasycznej, dobrych filmów i wszystkiego co włoskie. W wolnych chwilach pisze bloga i opowiada o tym, że i w Italii czasem są problemy. Marzy o napisaniu książki. Autorka bloga Ratunku Italia.

We Włoszech zamieszkałam ponad sześć lat temu i moje początki w tym kraju wspominam bardzo dobrze.

Najbardziej zaskoczyła mnie ludzka życzliwość i kultura, dzięki której przekonałam się, że zwykłe pozdrowienie może znaczyć naprawdę wiele.

Nieważne, że byłam obca, nowa i nieznajoma, bo ludzie na klatce schodowej czy w sklepie kłaniali mi się z uśmiechem na ustach, do czego nie byłam przyzwyczajona. Zauroczył mnie więc ten włoski luz, który pozwala przyjezdnym wsiąknąć tu bez problemów, a poza tym przechodzenie na „ty” bez zbędnych ceregieli.

Polska pod tym względem jest dosyć formalna, natomiast Włochy to konglomerat nieskrępowanych zachowań i beztroski. Spodobał mi się również optymizm Włochów i to, że dla nich szklanka jest zawsze do połowy pełna, nawet wtedy, gdy jest beznadziejnie.

I chociaż życie w Italii jest dla mnie nieustającą sinusoidą, to nie zamieniłabym go na żadne inne. Włosi od pierwszych chwili tutaj pokazują mi, że należy cieszyć się z wszystkiego, a małe rzeczy, jeśli się tego chce, mogą urosnąć do rangi wielkich. I za to im dziękuję.
Kasia w 2007 roku przyjechała pierwszy raz na wakacje do Toskanii. Dwa tygodnie wywróciły jej życie do góry nogami. Okazało się, że w małym, toskańskim miasteczku odnalazła swój dom. Potrzeba było kilku lat, by ten sen się zrealizował. Zaczęła pisać z tęsknoty do kamiennego domu, a dziś w końcu jest tu... Jej blog "Dom z kamienia" opowiada o zakochaniu się we własnych marzeniach, o ich realizacji i codziennym życiu w Toskanii.
Urodziłam się w Wielkim mieście. Jestem rodowitą warszawianką i całe życie przekonana byłam, że to jest właśnie moje miejsce. Miejsce pełne życia, nie idące nigdy spać, miejsce anonimowe, w którym mogę robić co chcę i nikt nie zwraca na mnie uwagi… Jednakże już w czasie moich pierwszych toskańskich wakacji zrozumiałam, że przez tyle lat żyłam w błędzie. W czerwcu 2007 roku trafiłam do Marradi, maleńkiego miasteczka na pograniczu Toskanii i Romanii. 
Urzekły mnie cisza Apeninów, spokój i prawdziwe życie z dala od turystów. Po tych wakacjach już nigdy do końca nie wróciłam do Polski. 
Każdego roku wracałam do Marradi i tak samo każdego roku więcej było we mnie Italii niż Polski. Aż cztery lata temu zostałam tu na zawsze. Mnie warszawiankę zakochaną w chaosie paradoksalnie zauroczył spokój i rytm małego miasteczka, cisza i bezpośredni kontakt z naturą. I jeszcze jedno - rzecz najważniejsza - kontakt z ludźmi. Prawdziwe bycie razem i troska o drugiego człowieka. W Warszawie za tak uwielbianą przeze mnie anonimowością szła też samotność, najsmutniejszy rodzaj samotność - samotność nawet wśród ludzi. Dopiero tu w Marradi zrozumiałam czym jest radość z bycia razem, z obecności drugiego człowieka.


W życiu Marysi przeplata się kilka wątków: podróże (z wykształcenia jest geografem), gotowanie (z przekonania jest wegetarianką), zwierzaki (z miłości jest właścicielką psiaka Daisy) i rękodzieło. Szczęśliwym splotem wydarzeń od trzech lat mieszka w Mediolanie, skąd prowadzi bloga lifestylowego www.quembec.pl

Pierwszego roku we Włoszech nie wspominam najlepiej. Tęskniłam za domem, nie znałam języka, a na dodatek całe dnie spędzałam przed komputerem, pisząc pracę magisterską. Urokom Italii uległam nieco później, ale jak już się zakochałam, to na zabój. Uwielbiam kuchnię włoską, za jej prostotę, jakość i wspaniały smak. Uwielbiam to, że Włosi potrafią cieszyć się z życia, niezależnie od wieku. Uwielbiam włoski język i jego różnorodność. I wreszcie uwielbiam włoskie krajobrazy - morza, góry, jeziora, miasta i miasteczka. Mieszkam w Mediolanie 4 lata i nadal mnie to miasto zachwyca. Dolce vita to już wyświechtany slogan, ale ja właśnie tak odbieram życie w Italii. I wierzę w to, że jeśli nauczymy się doceniać małe rzeczy, pozornie zwykle momenty, to takie słodkie życie możemy wieść niezależnie od miejsca.
Maja z wykształcenia jest polonistką. Mieszka w Rzymie od 7 lat. Jest licencjonowany przewodnikiem po Rzymie i autoryzowanym pilotem wycieczek.
Autorka przewodnickiego profilu na Facebooku https://www.facebook.com/przewodnikwrzymie, gdzie publikuje ciekawostki o Wiecznym Mieście.

Nasza polska kultura, przyzwyczajenia, sposób i styl życia są inne niż włoskie i może właśnie ta inność tak bardzo nas przyciąga i sprawia, że chcemy choć przez chwilę tu pomieszkać podczas wakacji i zanurzyć się w tym, czego nie mamy na co dzień. A może wręcz przeciwnie ? Włoska jakość życia jest nam tak bliska, że pomimo, że mieszkamy 1000 km stąd, doskonale odnajdujemy się we Włoszech i gdybyśmy tylko mieli tak ciepło jak tu, Polska byłaby drugą Italią? 

Moje marzenie o Italii sięga czasów liceum, a jego spełnienie przyszło wiele lat później.
Pierwszy raz we Włoszech zamieszkałam ponad 10 lat temu w niewielkim miasteczku Macerata w regionie Marche. Zaraz po skończeniu studiów i obronie pracy magisterskiej, wyruszyłam w podróż mojego życia, aby poznawać, doświadczać i smakować wszystko to, na co do tej pory nie miałam czasu i możliwości. Pojechałam tam zupełnie sama. Nie byłam wtedy jeszcze gotowa, aby budować ustabilizowane życie, mieć stałą pracę, przyzwyczajenia i już odkładać pieniądze na "dom". 

Zamieszkałam z Włoszkami, dzięki czemu mogłam z bardzo bliska obserwować zupełnie inną kulturę niż moja i uczyć się jej.
Przyjechałam do Maceraty we wrześniu 2006 r. W Polsce była już chłodna jesień, a tam wciąż jeszcze lato! Pogoda była pierwszą rzeczą, która zachwyciła mnie. Wspominam z lekką nutą melancholii spokojne, ciepłe wieczory i kolacje na tarasie naszego wynajmowanego mieszkanka, skąd widać było niedalekie pasmo gór na południe od miasta. Jesień nadchodziła powoli ochładzając powietrze i kolorując liście drzew...
Położenie Maceraty jest wyjątkowe. Miasto jest zbudowane na wzgórzu o wysokości ponad 300 m npm. Z okien wielu domów rozciągają się wspaniałe widoki na pobliskie wzgórza, łąki i pola. 30 km do wybrzeża M. Adriatyckiego i 60 do Apeninów. Śmiem powiedzieć, że terytorium regionu Marche jest bardzo podobne do Toskanii, z tą różnicą że Marche z turystycznego punktu widzenia jest jeszcze wciąż nieodkryte. Wokół miasta jest wiele cudownych miejsc, które miałam możliwość zobaczyć: np. Abbazia di Santa Maria di Chiaravalle di Fiastra - średniowieczne opactwo Cystersów (20 km od Maceraty) http://www.monacifiastra.it/index.php?option=com_content&view=article&id=2&Itemid=5, Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto http://www.santuarioloreto.it, Polski Cmentarz Wojskowy w Loreto http://loretonazaret.eu/cmentarz.html, liczne nadmorskie miejscowości nad Adriatykiem czy ukryte miasteczka wśród Monti Sibillini...
Oprócz pięknej przyrody, zabytków i wielu urokliwych miejsc wokół Maceraty, nie mogłabym nie wspomnieć o jedzeniu! Każdy włoski region charakteryzuje się innym rodzajem kuchni i może się szczycić swoimi lokalnymi produktami i przepisami. Miałam szczęście mieć wśród znajomych rolnika z prawdziwego zdarzenia, który często dostarczał nam świeże warzywa i owoce ze swoich pól i ogrodów. Co to były za smaki! Niepowtarzalne! Włosi uwielbiają biesiadować , spotykać się przy stole i przebywać wśród przyjaciół, a każda okazja na takie spotkanie jest dobra :) Trudno czuć się samotnym wśród Włochów :) Mieszkańcy Maceraty w pierwszym kontakcie są nieco skryci, zdystansowani, ale jak już się zaprzyjaźnią, to na całe życie. Może nie od razu, ale w czasie całego mojego pobytu w tamtym regionie, doświadczyłam od nich wiele życzliwości, zainteresowania i troski.
Rzadko wracam do Maceraty, ponieważ dziś mieszkam w zupełnie innym miejscu, jestem daleko, ale mam sentyment do tamtych czasów, a gdy spotykam się ze znajomymi z Marche, to zawsze proszę, aby przywieźli mi butelkę mojego ulubionego wina Vernaccia z Serrapetrona albo salame "ciauscolo marchigiano"...

Asia, z pochodzenia jest Wrocławianką, z wykształcenia politologiem. Od 10 lat mieszka w okolicach między Katanią i Taorminą.
Kilkanaście lat temu zakochała się w Sycylijczyku i podążając za swoim ukochanym postanowiła przeprowadzić się na tę pełną uroków wyspę. I tak już tam została.
Dzieli się ze swoją pasją z odwiedzającymi wyspę gośćmi pracując jako przewodnik turystyczny po naturalnych szlakach wschodniej Sycylii.
Od niedawna prowadzi blog szlakamisycylii.pl.

Pamiętam jak dziś, kiedy pierwszy raz przyleciałam na Sycylię. Zaraz po tym, jak wysiadłam z samolotu na lotnisku w Katanii, doznałam pierwszego szoku. Temperatura! To był lipiec. Leciałam wtedy z Londynu, w którym 3 godziny wcześniej mokłam w deszczu przy temperaturze nie wyższej niż 15°C. Ten moment było piękny! Nie mogłam oddychać i słabo mi się robiło, ale to błogie uczucie otulającego mnie gorącego i ciężkiego od wilgoci powietrza noszę w sercu do dziś. Uwielbiam sycylijskie upały!
Kilkadziesiąt minut potem, kolejny szok. Etna! Jadąc z lotniska trasą szybkiego ruchu w kierunku Mesyny widać było dymiący wulkan górujący nad Katanią i innymi miasteczkami położonymi u jego stóp. Dla mnie to było coś na prawdę wielkiego. Jak można mieszkać u podnóża tego groźnie dymiącego olbrzyma!? Okazało się, że można. Od dziesięciu lat i ja mieszkam właściwie na Etnie. Miałam nawet okazję zajrzeć do jej wnętrza. Etna stała się moją największą miłością i pasją i dziś nie mogłabym bez niej żyć. Zdarza mi się jechać samochodem w innym mieście czy nawet w innym kraju i instynktownie wyglądać przez okno szukając wzrokiem mojego wulkanu. Gdzie Etna, tam mój dom.
Większość osób odwiedzających Sycylię zazdrości jej mieszkańcom niekończących się plaż. Nie ukrywam, latem uwielbiam wyskoczyć z książką na plażę, albo popływać z maską w kryształowej wodzie. Ale nie dłużej niż godzinkę. Nie dla mnie siedzenie nad morzem cały dzień. Etna, to co innego. Tam potrafię się kompletnie zatracić, zapomnieć o zegarku i zgiełku codzienności. Latem wycieczki i biwaki, jesienią winobranie oraz zbieranie grzybów i kasztanów, zimą narty i bałwany, od czasu do czasu erupcja... Każdy dzień na Etnie jest inny, w zależności od pogody, sezonu czy mojego nastroju. Mimo tego, że jestem u góry często nawet kilka razy w tygodniu, za każdym razem odkrywam coś nowego. Etna ma w sobie potężną moc i ja chyba wpadłam w jej sidła.
A co mnie zauroczyło ?

Zastanawiałam się nad tym dość długo.
Włosi są przyjaźni,otwarci, życzliwi, niezwykle kontaktowi, dobrze ubrani, gustowni, nastawieni na rodzinę... Istnieje wiele pozytywnych cech.
Nie są tak zestresowani jak Polacy. Nie traktują życia i sztywnych reguł tak śmiertelnie poważnie.
Wiadomo dużo rzeczy mnie też irytuje we Włoszech. Pisałam nawet o tym tutaj.

Włosi, jak każdy inny naród mają dobre i złe cechy, na pewno nie można powiedzieć, że są nudnymi i nieciekawymi ludźmi.
Sa jednak dwie rzeczy, które lubię u nich najbardziej: biesiadowanie przy stole i nie obrażanie się.


Włosi są ludźmi gościnnymi i serdecznymi. Gdy siadają do stołu, potrafią spędzić tam godziny.
Podtrzymywanie tej tradycji prowadzi do tego, że wiesz, że jest moment w ciągu dnia, że zatrzymasz się na moment w gronie bliskich Ci osób.
Pamiętaj, gdy zostaniesz zaproszona -y na włoską biesiadę, musisz wiedzieć, że możesz spędzić tam pół dnia, a nawet cały dzień.

Jeśli chodzi o nie obrażanie się.
Włosi mają temperament. Każdy, kto chociaż raz spotkał na swojej drodze rodowitego Włocha doskonale zna znaczenie słowa temperament.
Włosi są jedną z tych narodowości, które można rozpoznać z daleka.
Potrafią pokłócić się o głupotę, ale zaraz po tym przyjść do Ciebie i normalnie z Tobą rozmawiać.
Nie będą obrażać się na Ciebie wieki. U nich kłótnia oczyszcza powietrze - tak mówią.
Lubię to. Nie lubię obrażalskich ludzi, przez to ta cecha Włochów mi bardzo pasuje.


A Was co zauroczyło we Włoszech? Podzielcie się swoimi doświadczeniami :-)

Spodobało się ? Podaj dalej!

Polecam również:
Co mnie irytuje we Włoszech ? Refleksje polskich blogerek mieszkających we Włoszech
Co oznacza coperto we włoskiej restauracji?
Fare la Scarpetta ? Co to właściwie oznacza ?
Parkowanie we Włoszech
Włoskie przesądy


Zapraszam do dołączenia mojej grupy facebookowej - Włochy po mojemu ;-)

Zapraszam do polubienia mnie na Facebooku lub google+, dziękuję za odwiedziny :-)



3 komentarze:

  1. Jejku momentami brzmi naprawdę sielsko!!! Niestety sama nigdy nie byłam we Włoszech chciazby na weekend.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne porównanie :-) mnie zauroczyła beztroska. Tamtego lata wiele podróżowałam, a w domu byłam może tydzień. We Włoszech spędziłam może parę dni, ale tak pięknych, że wspominam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
  3. świetne opowieści! A podróż autostopem może nas jak widać baaardzo zaskoczyć! klaudia j

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga.
Cieszę się, że tu jesteś :-)
Jeszcze bardziej się ucieszę, jeśli zostawiasz ślad po sobie.